stat4u
Kategorie: Wszystkie | Fifi | Filmiki | Komiks | Ptasiomania
RSS
piątek, 18 lutego 2011
„Niepełnosprawny przegrał w sądzie. Jest... zbyt silny psychicznie” – mój komentarz do zajścia

Nie zdzierżyłam sprawy i musiałam skomentować to, co dziś rano przeczytałam. Z góry przepraszam wszystkie osoby sprawne inaczej i tych, których może to urazić za używanie w tym wpisie określenia „niepełnosprawny”. Mam do niego osobistą niechęć, ale obawiałam się, że części osób może nic nie mówić „sprawny inaczej”.

Poniżej link do artykułu:

http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103454,9127643,Niepelnosprawny_przegral_w_sadzie__Jest____zbyt_silny.html

Ja rozumiem, że ludziom czasem brakuje dobrej woli, oleju w głowie, czy wyobraźni. Ale ciężko pogodzić się z faktem , że w naszym europejskim kraju i podobno praworządnym, w sądzie zapadają takie decyzje, które w sposób obezwładniający działają na osobę już i tak poszkodowaną, bo sprawną inaczej.

Celowo napisałam „sprawną inaczej”, bo w dużej mierze sprawność pana Dominika zależy od obecności przy nim jego asystenta, mam na myśli Kankana (czyli głównego bohatera tego całego zamieszania). Przecież w naszej ukochanej stolicy obowiązuje uchwała Rady Miasta zgodnie, z którą psy asystujące mogą towarzyszyć swoim ludziom w urzędach i punktach gastronomicznych. Z jakiego zatem powodu prawa Pana Dominika zostały złamane i został on zdyskryminowany chcąc w spokoju zjeść posiłek z narzeczoną i swoim psem asystującym przy wózku? Nie rozumiem również wyjaśnień sądu, że obsługa restauracji nie musi znać prawa, otóż ja się z tym nie zgadzam.

Czyli idąc tokiem rozumowania sędziny nieznajomość prawa daje mi „prawo” do jego łamania? Zatem jeśli pójdę do sklepu i wezmę sobie z niego co zechcę, nie zapłaciwszy za to, to w sprawie karnej, zawsze będę mogła powołać się na nieznajomość prawa? Pójdźmy dalej, po co nam poprawczaki i inne tego typu przybytki resocjalizujące=”karzące” niepełnoletnich, przecież oni tym bardziej nie znają prawa?

Pies asystujący pomaga w uzyskaniu większej samodzielności i niezależności osobie borykającej się z utrudnieniami wynikającymi z kalectwa. Zgodzę się z faktem ,że może on mieć działanie terapeutyczne i myślę, że wielu ludzi w taki sposób to postrzega, ale już nie z tym, że do tego jego przydatność się ogranicza. Nie bez przyczyny pieski takie za wyjątkiem pewnego standardu swoich umiejętności, przygotowywane są także do indywidualnych potrzeb konkretnej osoby, co wynika z różnych potrzeb i stopnia niepełnosprawności.

Pani sędzina uznała, że nie zostały naruszone dobra osobiste Pana Dominika, bardzo to krótkowzroczne. Zupełnie inny jest mój punkt widzenia, przytoczę pewną sytuację wymyśloną na potrzeby tego wpisu:

Paraliż Pana Dominika obejmuje nogi i ręce, przyjmując, że funkcję nóg przejęły kółka Jego wózka musimy pójść dalej i uznać, że częśćiowo funkcję rąk przejął pies asystujący. Celowo sprawę przerysuję i przedstawię taką oto sytuację. Do restauracji wchodzi człowiek z protezami przedramienia, przypuśćmy, że protezy te są protezami mechanicznymi, czyli zamiast odlewów dłoni w ich miejscu mają umocowane „chwytaki” w kształcie haka lub pętli z hakiem (dla zobrazowania zdjęcie  http://www.protoma.pl/foto/zaop/ramie_mecha.jpg). Co jeśli obsługa restauracji nie wpuści takiego człowieka powołując się na to, że owe haki wyglądają groźnie i mogą spowodować uszkodzenia ciała, lub inne szkody materialne. A może wpuszczą taką osobę pod warunkiem, że odczepi protezy i pozostawi je przed restauracją? Dokładnie tak samo w moim mniemaniu postąpiono z Panem Dominikiem. I niech mi nikt nie próbuje wmówić, że przecież miał do pomocy narzeczoną. Pies asystujący pomaga uzyskać niezależność, m.in. w takim celu, aby osoba niepełnosprawna nie była zmuszana „używać” pomocy innych ludzi. Zastanawiam się również nad tym, co dla sędziny w jej uzasadnieniu oznaczało, że człowiekowi poruszającemu się na wózku, odpornemu psychicznie i pewnemu siebie nie grozi naruszenie dóbr osobistych . Czy to oznacza, że osoba niepełnosprawna traci ten status będąc pogodną, silną psychicznie i pewną siebie oraz odnoszącą sukcesy. Czy to oznacza, że dla tej pani sprawny inaczej powinien kwilić, mieć spuszczony nos na kwintę i dać się upokarzać na każdym kroku?

No i jeszcze odnośnie „zaraz”, które wg niektórych roznoszą psy. Myślę, że więcej ich można złapać na naszych wspaniałych dworcach, przystankach, w autobusach i tramwajach, niż od psa, który jest przebadany i z kompletnymi szczepieniami, dodatkowo jest przez cały czas pod okiem swojego opiekuna. No i nie zapominajmy rzeczy najważniejszej, ano takiej, że Pan Dominik ma prawo na wchodzenie do budynków publicznych i gastronomicznych w towarzystwie przeszkolonego psa asystującego podparte ustawą Rady Miasta z 2006r.

Do licha, po co cofać się w rozwoju umysłowym i społecznym do lat, kiedy na ulicach bardzo rzadko widywało się ludzi na wózku, a i obrazek taki wzbudzał niekiedy sensację. Ludzie bądźmy ludźmi, nie dajmy sobą pomiatać, a tym bardziej innymi, którym zwyczajne codzienne czynności nastręczają dużo więcej problemów. Budujemy „nieprzyjazne” chodniki, krawężniki, drogi, schody, toalety, budynki, perony, środki transportu i inne przybytki, może już stop temu wszystkiemu.

Życie jest loterią i nie wszystko zależy od nas. Dziś Pan Dominik jeździ na wózku, jutro to mogę być ja, mój sąsiad, albo przeurocza pani sędzina orzekająca w sprawie Pana Dominika, czego oczywiście sobie i wymienionym nie życzę. Powinniśmy się cieszyć, że są sposoby na ludzkie ułomności i jeśli jest to zwierze, to tym lepiej, bo nie ma nic przyjemniejszego od zgodnej i przyjemnej koegzystencji międzygatunkowej.

wtorek, 15 lutego 2011
Skutki braku silnej kobiecej ręki

Wczoraj po kolejnej rekonwalescencji kręgosłupowej mojej i Fifki wróciliśmy do intensywniejszych ćwiczeń. No i niestety brak mojej silnej kobiecej ręki widoczny był gołym okiem.

Gość rozpuścił się, jak dziadowski bicz, zdawało mu się, że może pozwolić sobie na tarmoszenie mnie za sobą, gdzie mu się tylko żywnie podoba. Zmienił się w ciągnik, a mnie potraktował, jak furę z kartoflami, albo zbędny balast przyczepiony do smyczy.

O nie kochany bratku, tak to nie będzie! Zaparłam się i z uporem maniaka realizowałam zaplanowane szkolenie dodając do programu ćwiczenie luźnej smyczy. A ten skunks udając, że zupełnie nie wie, o co w tym biega, realizował swój plan wycieczki myśląc chyba, że powlecze mnie za sobą, jak worek jakiś. Trochę to trwało, zanim uznał, że powróciły stare zasady, czyli idziemy dopóty, dopóki smycz się nie napnie, a w pozostałych przypadkach zmieniamy kierunek i niusio nie może dojść tam, gdzie akurat mu się zamarzyło.

Na szczęście pomocny okazał się niezwykle atrakcyjny, wielokrotnie obsiusiany przez pieski płot, który to Fifek chciał w trybie natychmiastowym obwąchać. Sytuację należało wykorzystać, zatem wspomniany płotek posłużył, jako zanęta na krnąbrnego pieska. Oczywiście zanim do niego dotarliśmy, minęło sporo „nawrotek”, ile dokładnie to nie wiem, bo przestałam liczyć na 70-tej. No ale ogólnie akcja powiodła się, bo wspomniany atrakcyjny płotek wygrał i pieseczek z merdającym ogonkiem i wolnym kroczkiem dotruchtał do niego sprawiając tym sobie ogromną radość.

Włączyłam również szkolenie na przystanku autobusowym, przy podjeżdżających i odjeżdżających autobusach oraz wsiadających i wysiadających z nich ludziach. A także przemieszczanie na gest ręki i komendę „tutaj”. Pierwszy raz włączyłam wczoraj zabawę z kubeczkiem w rozproszeniu, wyszło to bardzo fajnie i na końcu naszej marszruty Fifi bardzo ładnie wkładał pysia do kubeczka.

Ten kubeczek jest wstępem do nauki wkładania i noszenia kagańca w rozproszeniu (bo w domu to już potrafimy). Ponieważ nie wiedziałam, jak kundel odbierze kaganiec przy tak dużej ilości bodźców, postanowiłam nauczyć go najpierw wkładania pysia do różnych kubeczków, pudełeczek i innych ustrojstw. Chcę, żeby takie wkładanie nochala stało się dla niego czymś naturalnym i oczywistym. Po pierwszym dniu jestem bardzo zadowolona, na początku było trudno, ale potem poszło, jak po maśle.

Ogólnie wczorajszy wypad zajął nam ze dwie godziny, no ale sporo czasu zmitrężyliśmy na luźną smycz. Ja i mój kręgosłup ledwie dowlekliśmy się do drzwi, a zadowolony pieseczek z budyniem na ryjku ani myślał się zmęczyć, oczekując na kolejną porcję atrakcji. No ale jak już dotarłam do domu i założyłam pas ortopedyczny, mogłam małpce dorównać i trochę wymęczyć go sznureczkiem, choć niestety na krótko. Oj sporo pary ma w sobie ta bestia.

Artyści i rzemieślnicy

Czytałam ostatnio na kilku forach, jak ogromne problemy mają ludzie w Warszawie ze znalezieniem dobrej psiej szkoły. Temat mnie zainteresował z racji identycznych doświadczeń własnych z czasów, kiedy to trafialiśmy jak kulą w płot, jedną nogą w kałużę, albo jednym słowem w najzwyczajniejsze shit.

Czytając kolejne wpisy najbardziej szkoda było zwłaszcza ludzi, którzy pierwszy raz mają pieska i jak to często bywa zerowe doświadczenie. Albo tych ze zwierzętami po schronisku, lub przejściach.

Sama pamiętam dokładnie, kiedy w poszukiwaniu szkoły natrafialiśmy na pseudo fachowców zarówno w zakresie szkolenia, jak i behawioru. Wyrzucając przy tym straszne pieniądze, jak się można domyślać w błoto. A najgorsze w tym były szkody dla zwierzaka i pogłębiające się problemy. Szkoda, że dla napotkanych przez nas pseudo fachowców jedynym ograniczeniem w ich pracy były ich własne umysły. Ewidentnie mgliście funkcjonujące komórki szare. Brak własnej inwencji i przekonanie, że każdy pies uczy się tak samo, a co za tym idzie posługiwanie się zawsze dokładnie tym samym autorytatywnym i jedynie właściwym schematem, często nie dopasowanym do potrzeb konkretnego zwierzątka. Każdy, kto miał lub ma psa wykazującego agresywne zachowania i nie do końca przystosowanego do życia zarówno wśród ludzi, jak i zwierząt, dokładnie będzie rozumiał, o co chodzi, i jakich problemów to nastręcza. To jedna z najgorszych rzeczy, nie potrafić pomóc psu, nie mieć wiedzy o agresji psiej i błądzić po omacku nie do końca potrafiąc „czytać” zwiastuny takiego zachowania. No i jeszcze ci, którzy parając się zawodowo taką pomocą zupełnie bez skrupułów ciągnący kasę, a nie mający praktycznego doświadczenia w temacie.

Na własne oczy widziałam szkolenie, gdzie na placu przebywało grubo ponad dwadzieścia psów, trochę więcej ludzi i jedna pani trener mająca ogarnąć to całe zamieszanie. Dlatego doskonale rozumiem zawiedzionych uczestników takich pseudo szkoleń i nie dziwię się ani jednemu postowi, który nasmarowali na forum.

Przecież podobne sytuacje nie powinny mieć miejsca, każdy powinien wykonywać swoje powinności zawodowe rzetelnie i starannie. Zwłaszcza pracując na żywych organizmach. Zupełnie nie rozumiem, z jakiego powodu nie można tego robić tak, jak w Dogadajcie się ( http://dogadajciesie.pl/ ), gdzie trenerzy potrafią się zorganizować, nie „przeciążać” grup i pomagać z dużym zrozumieniem i zaangażowaniem. Czy to takie trudne? Możliwe, bo wówczas trzeba autentycznie kochać swoją pracę, a nade wszystko zwierzęta, we wszystkim co się robi uwzględniać ich dobro, bezpieczeństwo i potrzeby. Bardzo żałuję, że nie trafiliśmy tam wcześniej, unikając błędów pseudo fachowców, może Fifek miałby już za sobą rehabilitację i można by było pomyśleć o szkoleniu grupowym w Dogadajcie się. Mają bardzo fajne programy, dopasowane do różnego poziomu zaawansowania, a co najważniejsze dbają o to, żeby sam proces szkolenia przynosił obopólną frajdę. No ale nie ma tego złego, bo przynajmniej mamy tam lekcje indywidualne.

Nasuwa się tu taka konkluzja, że w końcu mamy XXI wiek i może już czas, aby wszelkie pseudo szkolenia umarły śmiercią naturalną. Nie zatruwając serc i umysłów ludzi, którzy pragną nade wszystko dobrych relacji z własnym psem, a przy okazji nauczyć się kilku przydatnych rzeczy. Szkołom takim mówię twarde i otwarte nie i radzę, aby inni zrobili dokładnie to samo. Trzeba odwrócić się od nich na pięcie i zaczekać, aż zniknął.

piątek, 11 lutego 2011
Cyrk na kółkach

Ciągle leczymy kręgosłupy i przemęczać nam się nie wolno, więc dalej „kręcimy” komiks.

poniedziałek, 07 lutego 2011
Szybcy i wściekli

No więc narobiło się, ja załatwiłam kręgosłup, Fifi  też załatwił kręgosłup, a wyższą połowę w gardle drapie. Ćwiczenia trochę w odstawkę poszły, bo nikt nie ma siły się ruszać. Koniec końców tylko komiks nam wyszedł.

sobota, 05 lutego 2011
Komiks - o ludziach z przymrużeniam oka

Komiks - o ludziach z przymrużeniam oka, czyli do czego psom potrzebni są ludzie.

piątek, 28 stycznia 2011
Kręcimy serial....

Z racji tego, że trzeba było to zrobić, a czasu znalazło się trochę więcej niż zwykle, przyszła pora na naukę zakładania i noszenia kagańca. Robimy to za pomocą klikera, w krótkich sesjach, dzieląc naukę na kilka etapów. Sesję zawsze kończy się zabawą sznurkiem, piłeczką i kurczakiem w wersji maxi. Przed każdą sesją trzeba zwierza rozruszać, więc standardowo facet zapętla się aportowaniem. Zabawa przyjemna i pożyteczna , w której nagrodą dla Fifki jest przynoszenie i oddawanie kolejnych przedmiotów, a co najważniejsze gość cieszy się tak genialnie, że ogon merdoli mu się z prędkością światła.

Nauka kagańca część 1

W pierwszej części Fifi klikany i nagradzany jest za dotknięcie kagańca noskiem. Nie nakręciliśmy tego, ale ćwiczenie zaczynaliśmy od klikania na psa spoglądającego i interesującego się kagańcem.

 

Nauka kagańca część 2

Na tym poziomie wymagamy, żeby zwierz wkładał pysio w kaganiec, po czym klikamy i nagradzamy zachowanie.

 

Nauka kagańca część 3

Na kolejnym etapie klikerowej nauki nakładania kagańca podłożyliśmy pod zachowanie komendę, oczywiście "kaganiec". Teraz wymagamy, aby Fifi na naszą prośbę wkładał mordkę w to ustrojstwo, dodatkowo w sposób nieliniowy sterujemy czasem, w jakim to zachowanie występuje. Możliwe, że podkładanie komendy nie jest tu jakieś konieczne. Można również zrobić to wtedy, gdy pies potrafi już chodzić w kagańcu. Ja podłożyłam komendę na tym etapie, takie przyzwyczajenie z nauki nakładania gentle leader'a.

 

Nauka kagańca część 4

Na tym etapie klikerowej nauki nakładania kagańca dodaliśmy założenie paseczka od kagańca na szyjkę pieseczka. Jeszcze go nie zapinamy, teraz sukcesywnie będziemy dążyć do wydłużania czasu tego zachowania, następnie będziemy je, tak jak w poprzedniej częście egzekwować nieliniowo, za każdym razem klikając i nagradzając za oczekiwaną reakcję.

 

Nauka kagańca część 5

Na tym etapie nauki nie zapinam jeszcze sprzączki kagańca na stałe. Zakładam ją tak, żeby w miarę szybkim, pewnym ruchem zdjąć kaganiec po kliknięciu.

 

Nauka kagańca część 6

Ze względu na to, że Fifi jest mocno kudłatym zwierzem, kolejną część szkolenia kagańcowego poświęcamy na „klikanie” poprawek uszek, paseczków, sprzączek i ” koszyczka”, tudzież głaskanie zwierza po łepetynce.

czwartek, 21 października 2010
Trzy nowe produkcje...

Podczas kręcenia poniższych filmików nie ucierpiało żadne zwierze, a wszelkie wpadki i błędy zostały wycięte… hi hi … prawo producenta.

Skupianie uwagi

Kolega mąż ćwiczy tu z futrzakiem skupianie uwagi. Jak widać piesek dosłownie i w przenośni je mu z ręki. Moja wyższa połowa z natury spokojna, co bardzo mu pomaga w treningach…. zzzazdroszczę mu tego stoicyzmu.

Skupianie uwagi z siad

Ja… no cóż to już inna para kaloszy. No więc zbytnio wokalizuję, czyli kłapię dziobem bez opamiętania, a na dodatek zbyt entuzjastyczna jestem. Trzeba mi będzie chyba zalepić pysia taśmą, bo pracuję nad tym ciężko, a i tak popełniam ten błąd. Staram się, wprowadziłam sobie dyscyplinę mówienia szeptem, zobaczymy, co z tego wyjdzie. Może ten mój entuzjazm, to efekt tego, że od początku byłam na czarnej liście Fifka. To ja w pierwszych dniach, a właściwie miesiącach po trafieniu kundla do naszego przybytku wykonywałam wszelkie „prace porządkowe” na nim, wyczesywania, wycinania kołtunów i golenie. Różnej maści opatrunki i oczyszczanie ran, a na dodatek bardzo bardzo bolesne zastrzyki domięśniowe. Tak więc na zaufanie Fifozola pracować mi przyszło naprawdę ciężko.

Piesek na gorącym blaszanym dachu

To początki ćwiczenia, w trakcie którego oczekujemy, żeby piesek przebierał łapkami. Docelowo prowadzi ono do parkowania Fifola z naszej lewej strony, czyli takie coś pt.  noga, albo równaj, czy cóś. Ja to nazwałam po swojemu, piesek na gorącym blaszanym dachu. 

wtorek, 05 października 2010
O diecie i sznureczku będzie….

 Rozpoczął się chyba w moim organizmie proces ozdrowieńczy, bo zwoje mózgowe nie dymią już przy jakimkolwiek drobnym przejawie pomyślunku, a szare komórki chyba wreszcie budzą się do pracy.Apetycik zaczyna wracać i właśnie z jego powodu nasunęła mi się dzisiaj taka egoistyczna myśl.
Jem śniadanko, z talerzyka mojego nudą powiewa, tylko jakieś dwa plasterki wędlinki łypią na mnie spod serka. W czasie tym samym pan pies spożywa własny posiłeczek, a z talerzyka jego wyglądają wątróbka, jakiejś innej maści wołowinka, trochę strusia, ser biały.. tudzież jabłuszko, marcheweka, pietruszka, brokuł, otrąbki i płatki owsiane, ryż … a i jeszcze liść sałaty pekińskiej przyplątał się w tym towarzystwie. A naczytałam się jakiś czas temu o obowiązku podawania zwierzom dobrze zbilansowanego pokarmu, o tym jak to na zdrowie, skórę i sierść zbawiennie wpływa. Mając w myślach zapiski autora korciło mnie, żeby te talerzyki zamienić. Oczyma duszy widziałam siebie zdrowszą, z deka smuklejszą i z cudnie rozwianym włosem. Niestety podstęp nie powiódł się, pan pies zeżarł wszystko, pomlaskał i zaległ w swoim łóżeczku. I taka tylko jeszcze myśl mi przemknęła, że jedzonko jego dużo lepiej zbilansowane od mojego, nic zatem dziwnego, że kudłacz zdrowy jak byczek.

A jeszcze donieść pragnę, że kilka tygodni temu moja wyższa połowa, czyli kolega mąż, zmajstrował panu psu prezent i to własnymi rencami. Super sznur do przeciągania, bajeranckie intensywne kolorki-pomarańcz i niebieski. Ponad metr długości, dla mnie to spore ułatwienie zważywszy na szwankujący kręgosłup, a i dodatkowo świetnie nadaje się na zabawę w tropienie węża. Sznur super elastyczny i wytrzymały, piesol szarpie się z nim i jeszcze go nie zadrasnął. Na dowód fota… szarpak pierwsza klasa.

poniedziałek, 04 października 2010
Chyba idzie ku lepszemu

Wszystko wskazuje na to, że faktycznie zbyt duża dawka leku przypisana pieseczkowi wpływała na jego apatię. Od wczoraj brzdąc zachowuje się trochę lepiej, nie pokłada po sobie uszu, nie chodzi ze spuszczonym nosem, nie przysypia na siedząco w trakcie ćwiczeń. Ładnie bawi się piłeczkami i sznurem. Zresztą aż pali się do roboty. Ewidentnie słyszy i rozumie co się do niego mówi, znaczy kontaktowy jest. Czyli najzwyczajniej w świecie normalny szczeniakowaty kundel z niego.  Strasznie nam się ogony na to merdają, bo byliśmy z lekka wystraszeni  takim lelawym pieseczkiem.
Ćwiczymy cmokanie na kudłacza i gwizdek. A właściwie to ćwiczą pies i moja wyższa połowa. Ja zwolniona jestem z zajęć z powodu choróbska, które mnie zmogło. Okazuje się, że gwizdek piesowi bardzo się podoba, czytaj smakołyk w postaci mielonej wołowinki, co ją po zagwizdaniu dostaje.

 
1 , 2 , 3 , 4